gyrapha blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2002

To moje motto na dziś…Ale w niedzielę będzie – Futball is first beauty of life :)…No na tyle narazie…Później będzie więcej…

Kocham to…

1 komentarz

To już nie jest upodobanie, to jest nałóg, choroba, albo FUTBOLEMIA…Od czerwca co niedzielę chodzę (lub jeźdzę do innych miejscowości) żeby zobaczyć mecz ‚naszej’ Victorii o nazwie KP FCB *********… Jakie to jest fajne…Żyć bez tego się nie da… Moje życie wiosną, latem i jesienią liczy się od meczu do meczu, a zimą od skoków do skoków :)))

Czy ktoś wie dlaczego? Chyba nie, więc:
Olivia od imienia pana Kahna ;)
S. od mojego panieńskiego nazwiska
S. od nazwiska po mężu ;)
B. od pewnego konia ;)
K. od kolegi z drużyny czyli pana co ma podobne imię
D. Nazwiskiem tego pana mnie nazywały dziewczyny jak wszystkie bramki na meczu obroniłam
A. Moja mechaniczna miłość, o której mało kto wie…;)

Niektórzy mnie posądzają, że zniknęła, niektórzy, że mi się nie chce…A mi się chce!!! jak najbardziej, ale Wiecie jak to jest w roku szkolnym…:( i nic na to nie poradzimy…Idę na 11.35 i mam spr. z biologii…Módlcie się…

I co?

2 komentarzy

…nic…tylko przerwa w prowadzeniu bloga…Wakacje się skończyły i jak ma się mieć dobry chumor? Ehhhhhh…

Teraz było ich dwoje… Przestąpili granice ukochanej Vaniliowej Doliny z żalem i ciszą. Zostali sami wśród pięknych łąk…Słodkiego zapachu wanilii i waniliowych pól. Drzewa szumiały cicho jakby też płakały…
- Tu jest zupełnie inaczej…
Nie. Było tak samo tylko Jean i Alexa już nie było… A najgorsze to, że oni nigdy już nie przybedą tutaj – do Vaniliowej Doliny gdzie życie miało płynąć szczęśliwie…
Maria i Raul stali nad brzegiem Białej Rzeki. Słońce właśnie zaszło. Wszystko było martwe tak jak oni…

KONIEC

Ranek był piękny i cudowny. Jean i Michael prezmoczeni siedzieli gdzieś w małej jamce, których w górach skalistych było bardzo dużo.
- więc to był odpowiedni czas na co? – zapytała Jean zupełnie głośno i stanowczo
- Na…
Michael spojrzał w bok i wstał. Wyszedł z groty i lekko się przeciągnął.
- Na to żeby odłączyć się od nich…Sami Dojdziemy do celu…Znam krótka drogę…Zupełnie bezpieczna…
- Co ty mówisz?
- Słyszysz dobrze…Żeby się od nich odłączyć…
- Boże nie… Przecież…
- Jeśli ci to nie pasuje to możesz iść sama…Mapę mam ja…
- Jak to? A Maria , Raul i Alex? Oni będą błądzić…Jeszcze… – Jean umilkła bo przemknęła jej straszna myśl.
- Tak mapę mam ja! Zabrałem ja tamtej nocy w domku…
- Nie możliwe…
- Co jest takie nie pojęte…Przestań chistryzować…Nie jestem tu po to aby cie pocieszać!
- Musimy do nich wrócić…Tworzyliśmy grupę zanim… – Jean znów się zawahała
- Ale teraz tworzysz grupę ze mną…Przecież tego chciałaś! Sama mi powiedziałaś, że zrobisz dla mnie wszystko…Pamiętam Jean…- Michael złagodniał i przykląkł obok dziewczyny
- Zrobię wszystko, ale…
- My ich nie znajdziemy… Teraz już tylko szkoda czasu na poszukiwania. Ktoś musi dotrzeć do celu…Nie wiem czy zdołają więc musimy my…
- Co ty mówisz?? opamiętaj się! – Jean krzyknęła i zakryła oczy. Płakała. Nie mogła nigdy przypuszczać, że jej największa miłość okaże się właśnie taka
- Przestań! Musimy już ruszać…
Jeszcze tego samego dnia poszli dalej. Jean strasznie chiała spotkać się z Marią, Raulem i Alexem. Szkoda, że nie wiedziała, że Alexa nie zobaczy już nigdy…I gdyby wtedy tędy nie poszli…Gdyby nie słuchała Michaela…Wszystko byłoby inaczej , a Alex dotarłby do celu z przyjaciółmi…

- Chodź! – Michael znów ponaglił. Odalili się znacznie od grupy. Burza zbliżała się coraz bardziej. Błyskało się.
Jean zawahała się. Znów przystanęła.
- Dlaczego poszliśmy tędy? – zapytała cichutko
- Bo to był najlepszy moment i miejsce…
- Na co???
Michael nie odpowiedział. Spuścił wzrok i ruszył przed siebie rozchlapując butami zgromadzoną na skalnej górze wodę.

***
Maria wchodziła ostrożnie po tej samej ścieżce gdzie kilka minut temu rozstali się z Jean i Michaelem. Alex i Raul towarzyszyli jej cały czas. Maria mimo ostrozności źle położyła noge. Kamień był najwyraźniej źle osadzony i zachybotał w szczelinie. Było okropnie ślisko. Dziewczyna zesmyknęła się kilka metrów w dół i przymarła do skał. Trzymała się mocno i ciężko sapała. Szli coraz wyżej… Wreszcie ostatnim ostrożnym ruchem wspięli sia na szczyt. Burza szalała już wszędzie. Wiał straszny wiatr. Prosta błyskawica zeszła niebiem aż po ziemię. Maria instynktownie zasłoniła się rękami. Alex rozglądał się czy nie ma gdzieś Jean.
- To jest na nic…Teraz ich nie zobaczymy!!! – Raul próbował przekrzyczeć huk wiatru i grzmot.
- Ona gdzieś tu musi być… – Alex oddalił się od przyjaciół i bezradnie patrzył. Deszcz przemoczył i zupełnie. Znowu błyk tylko teraz całkiem blisko. Wydawałoby się, że można go dotknąć. Maria cicho syknęła i klęła. Nie znosiła burzy i huraganów…
- Idziemy…To nie ma sensu…. – Raul próbował walczyć z zatykającym wiatrem
Alex nie zgadzał się na to… Chciał za wszelka cenę wrócić z Jean. Jakby zapomniał o Michaelu. Jakby zapomniał, że ona jego kocha… Postanowili jednak, że burze trzeba przeczekać bo to szleństwo. Było coraz gorzej widać. Głuchy łoskot rozbijających się o skały błyskawic wywoływał okropny strach… Maria schodziła pierwsza. Powoli i jeszcze ostrożniej niż przedtem. Raul był zaraz za nią. Alex jeszcze raz spojrzał czy nie ma Jean. Czy go nie potrzebuje. Nie było jej. Chłopak zrobił pierwszy krok w dół. Zachwiał się…Chciał się czegoś złapać. Płynące stróżki wody wymywały głazy i kamyki. Nie było czego. Marii głuchy krzyk uwiązł w gardle. Raul patrzył na przyjaciela…i to było ostatnie spojrzenie…


  • RSS