Bezlitosny bezruch. Umieram. Powoli, boleśnie, cicho. Nikt mnie nie słyszy, ale ja przecież, nie krzycze. Próbuje coś wyszeptać. Jak to boli. Czuje straszny ciężar, a jednocześnie tą przerażającą lekkość, której mi tak brakowało. Uwięziony w gardle krzyk wstrząsa mną. Brak mi głosu. Brak mi siły. Znów umieram – tam gdzie czuje się najsamotniej, wśród ludzi. Wpatrzona w oczy zwrócone na mnie przez moment. Nie potrafie już odróżnić przyjaciół…wrogów. Oni wszyscy są jednością. Wcale mnie nie widzą, widzą mój bół. Łzy lzejsze od krzyku. Przerwany oddech. Umieram. Dlaczego teraz nikt nie chce mnie zatrzymać? Już za późno? Potrzebuje was. Nie pozwólcie mi odejść. Spadam! Prosze! Krzyk znów we mnie wezbrał i pęka tama milczenia. Bół, oddech, łzy i śmierć uwalniam razem z moim rozpaczliwym krzykiem. wołaniem o pomoc. Przecież ja tego chciałam. Dlaczego wołam? Dlaczego tak trudno mi odejść? Za późno… Opadłam na samo dno. Znów wszystko ucichło. Nie oddycham. Patrzę, słucham, czekam.
Wstaję rano, idę znaną ulicą, wchodzę. Wszystko takie zwyczajne, ale jak mi teraz dziwnie lekko. Teraz płaczą. Czy to smutek? Dlaczego? Przecież jestem.
Wróciłam.
To tylko wy mnie nie widzicie…