Znowu nie mam weny, więc napisze coś z przymusu wewnętrznego. Bo tak. Wczoraj w godzinach nocnych zaczełam dostawać kompletnie do głowy. Ale, o hellelujah, zostałam wysłuchana. (Przez kogo?) I oto dzisiaj sprawy potoczyły się troche inaczej niż dotychczas. Bo najgorzej jest kiedy sie liczy na tych, na których sie liczyć (najwidoczniej) nie powinno. Albo być może najlepiej jest kiedy nagle wyrasta spod ziemi ktoś na kogo znowu można zacząć liczyć i zmienia się punkt widzenia i siedzenia. Od razu. Momentalnie :). I tak właśnie sie zaczyna rewolucja, proszę Państwa. Bo ja tak nie wiem, czy wszyscy wiedzą jak sie rewolucja zaczyna, o. Jakieś tam long ago myślałam, że te wakacje będą za-je-bi-ste (jednym, ekhem, słowem)… i może jeszcze będą. Weny, jak już mówiłam, nie mam, więc nie będę się za dużo udzielać, bo mi znowu wyjdzie jakiś G N I O T :P
A na koniec morał dla wszystkich Wiernych: Jak umiesz liczyć to licz na siebie, a jak nie umiesz to won z powrotem do szkoły.
No to joł.